Kategorie: Wszystkie | acting | politics | polognie:-) | rozniste | societe
RSS
środa, 21 lutego 2007
Au revoir... tu me manqueras Toulouse...

7 dni...6...5...4...3...2...1! Adieu Toulouse! Po roku spedzonym w rozowym miescie przyszedl czas na rozstanie.

Kazdemu - kto potrzebuje (tak jak ja rok temu) - odpoczac od zgielku wielkiego miasta, pobyc w miejscu gdzie nigdy nie ma zimy, gdzie jezyk polski slyszy sie tylko przez telefon - polecam to miasto. Wszystko jest w zasiegu reki - w gory 2 godziny, nad morze 2 godziny, nad ocean rzut beretem.

Ze wspomnien bede najmilej pamietal moje organizacje, zajecia z teatru w Julen Julien, spacery nad Garona, lezenie na trawie w parku Prairie de Filtres, zajecia z Body Combat w klubie Euforie kolo placu Esquirol... Wiecznie zywy plac Capitole, tanie bary ulicy rue du Taur z pysznymi salatkami i sycacymi nalesnikami (Sherpa, Jour de fête), pewien bar nad kanalem w okolicy St Aubin, gdzie odkrylem Francje na nowo:-)... Kino Utopia z filmami, ktore od razu staly sie dla mnie "kultowe" (C.R.A.Z.Y), ulice dzielnicy St Georges z magicznymi sklepami... Nie moge uwierzyc ze sie to konczy.

Gdzie bede... 

Daj mi prosze dobry Boze,
zamiast drogi to bezdroze,
ktore prosto poprowadzi,
poprowadzi mnie w nieznane

Reszta - z podrozy, z nowego miejsca do ktorego bardzo chce wrocic... bedzie na nowym blogu, bardziej osobistym i anonimowym:-)

11:39, esquirol , societe
Link Komentarze (8) »
środa, 17 stycznia 2007
Coming back, going away

J'espère que tu es hereux et qu'on t'engueule pas à 6h du matin quand tu peux plus dormir... Je voulais vraiment que tu reviennes mercredi mais je comprends ton choix...J'espère que le temps passera vite. I miss you, but I'm glad you're gone...

Jak po takim smsie nie przybiec po pol godzinie przez pol Tuluzy i powiedziec ze nic sie nie zdarzylo, ze wszystko trzeba od nowa zaczac... I znow razem. Ciekawe na ile tym razem?

14:12, esquirol
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Bocian

 Wczoraj na placu Capitole w centrum Tuluzy spotkalem Bociana lecacego w drodze powrotnej na polnoc... Powiedzial ze juz niedlugo czas sie zwijac, i ze wpadl po mnie, bo razem razniej bedzie w podrozy. Lubie zmiany wiec ucieszylem sie i powiedzialem ze jeszcze troche trzeba poczekac, bo musze posegregowac rzeczy na te ktore zabieram i te ktore pojda do Emausa, zakonczyc wtorkowe spotkania z pania C., poczekac na odwiedziny rodzicow no i cierpliwie dobic do konca wypowiedzenia...

Czuje ze juz jedna noga jestem w podrozy, chodze na rozne zajecia i spotkania troche od niechcenia, caly wieczor siedzialbym przy Desperate Housewives (na ktore czekam az ktos mi sciagnie dalsza czesc bo pierwszy sezon skonczony). There's no more places to hide... there's no greater power than power of good-bye... Pierwszy raz jednak czuje ze nie zal bedzie mi wyjezdzac. Mysle ze praca nad soba na ktora sam sie wyslalem na ten koniec swiata zaczyna przynosic owoce, i z nowa energia i nadzieja czas wrocic... Tylko gdzie?:-)

Dzis otrzymalem swietna wiadomosc, yes, yes, yes, moj nowy artykul sie ukaze, z czego jestem strasznie zadowlony. Pierwszy raz wlozylem w to sporo wysilku, latalem po urzedach, gadalem z ludzmi, robilem zdjecia, i gdyby sie nie ukazal to wszystko by poszlo na marne. Nie wiem tylko jeszcze kiedy go opublikuja, ale najwazniejsze ze bedzie.

czwartek, 21 grudnia 2006
Ekspresowa analiza Polonii

plombierWczorajsza wigilia w instytucie polskim w Tuluzie podsunela mi pomysl super krotkiej analizy Polakow w poludniowo-zachodniej Francji.

 

Generalnie mozna podzielic polonie na 3 grupy, 80 procent Polakow nalezy do jednej z tych trzech :

 Polscy studenci – przyjechali do Francji niedawno, lub przed wejsciem do UE, w wieku od 18 do 35 lat. Z moich obserwacji przwazaja dziewczyny, ktore czesto imaja sie malo platnych prac w niepelnym wymiarze godzin (sprzatanie, opieka nad dziecmi lub osobami starszymi) Wiekszosc nie ma sprecyzowanych planow na przyszlosc, wybor miedzy zyciem w Polsce a we Francji nie jest ostateczny. Moga wyjechac do zupelnie innego miasta lub kraju, jesli sie nadarzy okazja na ciekawsze studia lub prace. Poki co zostaja na miejscu do uzyskania dyplomu, “pozniej sie zobaczy”. Chetnie nawiazuja kontakty z Francuzami i innymi Polakami, ktore jednak maja zazwyczaj charakter nietrwaly. 

Polscy robotnicy, pracujacy fizycznie (murarze, tynkarze, ciesle, itd). Najczesciej maja w Polsce ustabilizowane zycie osobiste, przyjezdzaja do Francji w celach czysto zarobkowych. Jest to grupa najbardziej hermetyczna z tych trzech, rzadko integruja sie z reszta Polonii czy Francuzami, czesto nie mowia po francusku. Zdrowie i szczescie ich rodziny jest dla nich najwyzsza wartoscia, czesto wracaja do Polski (gdy tylko maja taka okazje). We Francji tworza samowystarczajaca grupe – razem pracuja, chodza do kosciola (przewazaja regularnie praktykujacy), spedzaja czas wolny. Srednio na kontraktach we Francji (lub na czarno) przebywaja 4-5 lat. 

Stara Polonia, emigrujaca do Francji do konca lat 80. Zazwyczaj maja ustabilizowane zycie osobiste (trwaly zwiazek z Francuzem/Francuzka lub Polakiem) i stala prace. Zawieszeni miedzy Polska w Francja, sporo z nich z  tesknota mowi o Polsce i szykuje sie do powrotu od lat ale “moment jeszcze nie nadszedl”. Jednym z powodow siedzenia we Francji sa dzieci, ktore dorastaly juz na obczyznie i czasami nie mowia wcale po Polsku. Czesto zakladaja stowarzyszenia Polakow, organizuja wieczorki i zebrania, na ktorych kultywuja polska tradycje (jak np. Wczorajsza wigilia:-) ) 

Gdzies pomiedzy tymi trzema grupami… Francuski nie jest taki trudny…

czwartek, 07 grudnia 2006
Alex

reunion

„Widzisz, to sie u mnie dodaje do miesa to zielone, to co rosnie na drzewie tez. Zerwe troche tego, swietnie wplywa na sen...” – powiedzial Alex gdy chodzilismy w parku niedaleko zamku katarow we Foix pokazujac na zupelnie nie znane dla mnie rosliny. W duchu sie usmiechnalem, to tak jakbym ja zobaczyl dzika jablon i zaczal zbierac jablka, mowiac ze to takie przyzwyczajenie z mojego kraju. Roznica jest jednak duza – on jest Francuzem, pochodzi jednak z wyspy Reunion, ktora zalicza sie do zamorskich posiadlosci Francji.  

Dziwne, tak jak ja, niemal na kazdym kroku widzi roznice miedzy tym „co tu”, a tym „co tam”, chociaz na Reunion mowi sie po francusku, ich prezydent jest ten sam co tu, kazdy uczy sie Marsylianki od malego... 

Alex przyjechal do Metropole (Francja w Europie) szukac pracy. Bo ta jego Francja, na drugiej polkuli,  przypomina polskie podlasie, z 40% bezrobociem. Panstwo zaplacilo mu za bilet na samolot, za szkolenie, dostawal nawet spore stypendium, slowem idealne warunki by „sie odbic” i jakos ulozyc sobie zycie.  Wlasnie minal rok od kiedy jest tu i nadal szuka pracy, mowi ze to „nie ten kolor skory”, ze takim jak on trudniej zlapac jakakolwiek prace. Mowi ze na jego wyspie nie ma rasizmu, bo przybysze ktorzy kiedys sie tam pojawili zastali ziemie dziewicze, niezamieszkane wiec nie bylo tam nigdy niewolnictwa – w przeciwienstwie np. do Gwadelupy czy innych kolonii francuskich. Mi sie wydaje ze prawda co do rasizmu i szukaniem pracy jest gdzies po srodku... nie wiem. 

Mimo ze oboje jestesmy dobrze zintegrowani w spoleczenstwie, mam wrazenie ze rozumiemy sie lepiej niz z rodowitymi Francuzami. Mnie wyroznia od reszty spoleczenstwa akcent, jego kolor skory. Oboje do czegos tesknimy i zastanawiamy sie czy wrocic. Dzielimy swiat na „tu” i „tam”. W koncu, zrywamy dziko rosnace rosliny i cieszymy sie ze znow skosztujemy smaku z dziecinstwa.

Na zdjeciu wulkaniczne gory na wyspie Réunion - ocean Indyjski, na polnoc od Madagaskaru.

poniedziałek, 04 grudnia 2006
czas na brak czasu

Weekend spedzilem w Paryzu, oddalonym o jedynie godzine od Tuluzy par avion, gdzie wrocily stare mile wspomnienia, spacery, znajomi, studia... Niestety, wrocily takze i te przyzwyczajenia, za ktorymi nie przepadam – przede wszystkim chroniczny brak czasu i spoznianie sie – Polakow czy Francuzow – wszystko jedno. (Bedzie to notka ironiczna, nie negatywna, prosze sie nie doszukiwac...!:-) ) 

W sobote umowieni bylismy w restauracji na kolacje na godzine 20:00 z okazji powrotu kolegi z Manchesteru, a ze wczesniej widzialem sie z innymi znajomymi, uprzedzilem organizatora spotkania ze sie spoznie okolo kwadransa. Polskim zwyczajem wyslalem smsa z prosba by zaczeli beze mnie. Po zawilym maratonie metrem (place Monge – Oberkampf) udalo mi sie biegiem dotrzec na spotkanie z polgodzinnym opoznieniem, z gotowym usprawiedliwieniem i przeprosinami. Ku mojemu zdziwieniu nikogo to nie zaskoczylo, okazalo sie ze i tak nie ma jeszcze polowy zaproszonych osob, a sam organizator ma sie zjawic kolo 21. Ech, przez te prowincje zupelnie zapomnialem reguly gry... Po chwili z ulga usiadlem przy stole cierpliwie czekajac.

W Paryzu obowiazuje jedna regula dotyczaca czasu – jest on czyms wzglednym, i wlasciwie nie ma pojecia „spoznienie sie”, poniewaz kazdy zazwyczaj przychodzi po czasie. Dla wielu osob „spotkanie na miescie o 12” oznacza „wyjscie z domu o 12” i - niezawsze - wyslanie smsa z przeprosinami. Inny wymiar czasowy dotyczy rowniez otwarcia sklepow czy punktow uslug. Na przyklad basen na Nation zamykany jest o 19h30 (tak „wisi na internecie”), lecz nie radze przychodzic o 19 by pol godziny spedzic w wodzie. Oficjalna godzina zamkniecia to ta, gdy juz nikogo ma nie byc w szatni, i o ktorej pani od biletow gasi swiatlo. Tak wiec gdzies ok 19 panowie ratownicy prosza uprzejmie o wychodzenie z wody. 

Paryzanie cierpia na chroniczny brak czasu i stad te spoznienia czy elastyczny czas pracy. Od kilku miesiecy probuje sie umowic ze znajomym Jeanem do restauracji – w wakacje nie mogl, bo wyjechal, pozniej zmienil prace wiec byl zawalony obowiazkami. Potem byly wakacje na Wszystkich Swietych, a teraz musi robic zakupy na gwiazdke. Wiec moze po nowym roku, pod warunkiem ze nie wyjedzie na narty lub nie wyda wszystkich pieniedzy w Sylwestra. Tak wiec to nie jest pewne, najlepiej sie zobaczyc w marcu, „ale jeszcze lepiej to potwierdzmy”...I nie jest to dla mnie ani dla niego zadne olewanie czy niechec spotkania – po prostu wiekszosc Paryzan najzwyklej w swiecie nie ma na nic czasu.

środa, 22 listopada 2006
Dzieci w supermarkecie

„Zrobcie nam tu scene w supermarkecie, na przyklad dzieci ktore bawia sie w doroslych i pozniej robia sobie piknik na srodku sklepu. Allez, c'est parti!” – tak brzmialo polecenie we wczorajszych warsztatach z teatru dla naszej grupy – ja, Radwan i jedna babka. Jako rekwizyt dostalismy biala szmatke. Nie bardzo wiedzielismy jak sie do tego zabrac, czasu na przygotowanie mielismy 5 minut, a wyobraznia niechetnie podpowiadala jak wyczarowac sklep z niczego...  

Uratowal nas prowadzacy, ktory wzial szmatke, ropial ja miedzy dlonmi przed soba, ugial lekko nogi i rozgladajac sie wokolo szedl przed siebie z otwarta buzia i z usmiechem. Patrzac na niego mialem wrazenie ze to naprawde dziecko pchajace wozek w supermarkecie, jego sposob trzymania wozka, to jak szedl, spojrzenie, usta, wszystko jedoznacznie i w sposob rzucajacy sie w oczy pokazywalo kogo gral. Niektore gesty byly posuniete az do przesady, jednak jego gra byla perfekcyjna. Ten sklep tam rzeczywiscie byl – choc go nie bylo w rzeczywistosci – ogladac to byl prawdziwy miod dla oczu. 

Grajac pozniej te scene czulem ze nigdy nie zrobimy jej jak Jacques. Kilkanascie lat kariery robi swoje, facet moglby zagrac cokolwiek. To takie specyficzne uczucie gdy sie oglada profesjonaliste, tworzy on wokol siebie miejsce, scene, nastroj, przenosi nas w inne miejsce, inny czas...  

Pozniej przed publicznoscia okazalo sie, ze wszyscy mysleli, ze jestesmy w lesie i zbieramy do koszyka owoce – niewazne! W tym momencie, gdy bylismy na scenie, miedzy polkami supermarketu, dzieci biegajace w bezladzie – czulem ze czas moze – musi sie zatrzymac. Chwilo trwaj! Tylko my, gra, widzowie i swiatlo. I jak najwiekszy wysilek by wypasc dobrze. Z kazda proba dochodzil nowy detal, inaczej wkladalismy rzeczy do koszyka, pomysly padaly jeden za drugim. Nasze jedyne ograniczenie – wyobraznia. I czas... choc zajecia skonczyly sie z godzinnym opoznieniem.

Na zdjeciu - ostatnia proba przed przedstawieniem.

 proba

09:19, esquirol , acting
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 listopada 2006
W prawo czy w lewo.

Wielki moloch, zywcem z „Procesu” Kafki: tysiace okien, dlugie korytarze, zadnych oznaczen. Szary, zimny kolor na scianie, male okna, niczym w bunkrze... Tak wyglada Conseil Régional Midi-Pyrenées, czyli moj urzad rejonowy (biurokratyczna machina grupujaca kilka departamentow). W zeszlym tygodniu udalem sie tam by prosic o kase, bo organizacji ktora zrzesza ponad 300 czlonkow przydal by sie nowy lokal, komputer, telefon...  

„Czesc, co u was slychac, ça va? Chodzcie, napijemy sie kawy, bo pan z komisji zdrowia jeszcze nie przyszedl” – przywitala nas pani Françoise ktora zajmowala sie naszym podaniem. Byla ubrana dokladnie tak jak sobie wyobrazalem typowego pracownika tego molocha, starannie ulozone siwe wlosy, skromny niczym-sie-nie-wyrozniajaca sukienka, spojrzenie typu „pracuje tu wiele lat i nic mnie nie zaskoczy”. Skad wiec to cieple przywitanie –  dostalismy nawet buzi na dzien dobry i od razu przeszlismy na „ty”? Do tego, po dwugodzinnej rozmowie obiecala nam dac tyle pieniedzy ile bedziemy potrzebowac, i poprze nas w staraniach o wlasny lokal... 

Wyjasnienie dostalem dopiero dzisiaj, gdy zobaczylem sie z Didier, przewodniczacym mojej organizacji – on tez byl dosyc zaskoczony jej zachowaniem (widzial ja pierwszy raz). Jak sie okazalo, Didier nalezy do partii socjalistycznej, do ktorej nalezy takze pani urzedniczka. Caly urzad nalezy takze do lewicy – a ta jest z definicji przychylna wszystkiego rodzaju organizacjom, inicjatywom spolecznym, artystom, itd. Startowalismy wiec z gory wygranej pozycji, cokolwiek by pani urzedniczka nie myslala o naszej organizacji, jako przedstawiciel lewicy ma obowiazek wspomoc tych co walcza z dyskryminacja, pomagajacym chorym czy slabszym. 

Inna sprawa jest jednak z merostwem Tuluzy – ktora jest dla odmiany calkowicie prawicowa. Tam bedzie nam potrzebne wecej szczescia – politycy przeciez robia wszystko dla tego by miec glosy wyborcow i nie dadza pieniedzy byle komu bo moga byc pozniej z tego rozliczeni.  

Polityka we Francji (jak i gdziekolwiek indziej...) jest latwa : prawo i lewo, czarne i biale, i wiadomo jakie poglady ma prawica a jakie lewica i malo miejsca na wlasne zdanie ma polityk. Tak to juz jest :-)

piątek, 10 listopada 2006
Pytania bez odpowiedzi

Sa rzeczy, ktore pomimo 4 lat spedzonych nad Sekwana (chwilowo nad Garona) nie rozumiem. Wydaja mi sie te rzeczy dziwne ale i ciekawe i wiem ze musza byc jakies ich motywy, ale jeszcze takowych nie odnalazlem. Dzis dwa pierwsze. 

Moja organizacja wspiera ambitne kino w Tuluzie, ktore bardzo lubie. Niedawno byl tam festiwal filmow polskich, poza tym wszystkie filmy ktore tam widzialem byly super i za pol ceny tego co sie placi w fabrykach typu UGC. Otoz to kino ma klopoty finansowe, widac ze tapety juz nie z tej epoki, dzwiek czasami nawala... W Polsce w takiej sytuacji pisze sie do sponsora, ktory zalepi kino na kilka miesiecy Otylia Jedrzejczak z telefonem komorkowym, ale kino bedzie mialo pieniadze na nowe glosniki albo swieze tapety. Otoz w Tuluzie jest inaczej – nie mozna poprosic o pomoc Orange, poniewaz jest to marka zwiazana z jakas telewizja, ktora by (jako grupa) chciala wplywac na repertuar kina podczas remontu – na co kino offowe nie moze sobie pozwolic. Zamiast tego pisze sie apele do merostwa, do urzedow wojewodzkich i organizacji pozarzadaowych by zrzucily sie choc na nowe schody. Problem jednak z tym ze merostwo moze sponsorowac tylko 30 procent prac remontowych, takie jest prawo. Czy nie lepiej by bylo sprobowac z Coca Cola, ktora na repertuar by raczej nie miala wplywu? 

Inna sprawa to poblem przedmiesc. Niejeden Ahmed czy Fatima przez swoj akcent czy pochodzenie ma klopoty by znalezc prace czy wynajac mieszkanie. W jednym reportazu widzialem nieoficjalny regulamin jednej z agencji nieruchomosci, w ktorym bylo wyraznie napisane ze takim osobom sie odmawia wynajmu. Rozumiem ze ci Arabowie kisza sie w swoim banlieue, ze maja inna kulture i moze trudniej im sie zintegrowac, ale czy nijaki Mohamet by gorzej pracowal od tak samo wyksztalconego Jean-François? Wytlumacznie jakie mi przychodzi do glowy to to, ze ludzie daza do wspierania innych, ale na pierwszym miejscu takich, co naleza do tej samej „grupy spolecznej”.  Wola wiec spedzac swoj czas w otoczeniu tych co uwazaja z jakis wzgledow za podobnych do siebie – wynajac mieszkanie Arabowi w 16tej to tak samo jak wpuscic swinie na salony. No dobrze, a co na to Anglicy, czemu wybrali inny model integracji imigrantow?

środa, 08 listopada 2006
Ekologia

Obok imigracji, ekologia stala sie jednym z najczesciej poruszanych tematow w mediach francuskich. Film Al Gora „An inconvenient truth” o ociepleniu klimatu bije rekordy popularnosci, a w zyciu codziennym wszystko co bio jest modne i uzywane, w tym biopaliwa (narazie w fazie zaawansowanych badan), biozywnosc, bioenergia...  

Ekologia jest tez czestym tematem w polityce, co do podejmowania krokow w tej kwestii zgodna jest zarowno prawica jak i lewa strona rzadu. Nicolas Sarcozy, obecny minister spraw wewnetrznych zarzadzil, by samochody policyjne jezdzily na ekologicznym paliwie, a urzedowe dokumenty byly publikowane na papierze „bio-odpowiedzialnym”:-)

Dla Francuzow, rezygnacja z samolotow na rzecz TGV, promowanie edukacji ekologicznej i benzyny alternatywnej (w Tuluzie mozna niekiedy spotkac elektroniczne autobusy) jest aktem solidarnosci ("ze swiatem"). Coraz wiecej Francuzow rezygnuje z uzywania siatek plastikowych w sklepach, preferujac wielorazowe lub papierowe. Ponad polowa z nich jest gotowa placic dodatkowy podatek za benzyne, jesli okaze sie to skuteczne dla zmniejszenia zanieczyszczenia. Obsesja na punkcie ekologii nie ma jeszcze takich rozmiarow jak w Niemczech (np. recycling z policja od smieci, choc Francuzi czesto segreguja) ale rzeczy ida w dobrym kierunku.

 
1 , 2 , 3